poniedziałek, 3 marca 2014

Przeinspirowanie, czyli "mam przycisk stop, ale nie wiem, jak go używać!!!"

Motywacja - jedno z kluczowych słów dzisiejszych czasów. Na fejsiku mamy setki kont-motywatorów płynących nieprzerwanym potokiem memów, cytatów, filmów i utworów które "codziennie zmieniają Twoje życie na lepsze." Poza Fb mamy jeszcze upworthy, RePeace, The Idealist i masę innych, no i nie mogę pominąć samego youtube, na którym prym wiodą TEDx i THNKr, poza nimi pewnie też jest masa tego ustrojstwa. Dlaczego tak właśnie o tym piszę? Ano dlatego, że niedawno zauważyłem, że bardzo łatwo jest o nadmiar motywacji który skutkuje brakiem działania jeszcze gorszym, niż w przypadku braku motywacji. Ewa Chodakowska (która pewnie nigdy nie przeczyta tego posta) jest świetnym przykładem zdrowej dozy motywacji - codziennie pompuje masę energii w tego fejsbuka, żeby ileś tam tysięcy osób (nie tylko pań) zwlokło z sofy swój coraz-mniej-żałosny tyłek i poćwiczyło chociaż trochę, po fakcie nie wpieprzało kilogramowych czekolad i takie tam. Podziwiam jej konsekwencję i do niedawna myślałem, że pomoże mi oglądanie różnych motywatorów internetowych. Wierzyłem, ze jak się rano napompuję energią z tego internetowego skarbca motywacji, to będę mógł przenosić góry - i złapałem się na tym, że oglądałem tego typu materiały po dwie, czasem trzy godziny. W ciągu trzech godzin można zrobić naprawdę masę rzeczy. W ciągu trzech godzin można też zacząć robić coś, co zajmie dużo więcej czasu, ale w ostatecznym rozrachunku daje nam ogromną, wielokrotnie większą niż w przypadku np.: ogarnięcia mieszkania satysfakcję. Kiedy się na tym złapałem, zrozumiałem już na milion procent, że to wszystko zaczyna się i kończy w głowie, po drodze mocno zahaczając o serducho. W głowie jest motywacja, tylko nierzadko trzeba się do niej dokopać. W głowie jest przycisk "play" który czasem trzeba wcisnąć, kiedy automotywacji brakuje. I w głowie też jest przycisk "stop", który trzeba nacisnąć w odpowiednim momencie - a później wstać i wcielić w życie piękne hasła o braniu losu we własne ręce itp.

środa, 19 lutego 2014

To chyba jednak jest wkurwiony blog. Witam po przerwie.

Kiedyś tam wspominałem, że nie mam spiny na blogowanie. Traktuję to miejsce w sieci jako połączenie shout-boxa i konfesjonału. Długo się zbierałem na pierwszego z dwóch postów, które dzisiaj napiszę.

Najpierw o wpieprzaniu. Tak, wpieprzaniu, czyli pochłanianiu "małegoplasterkaseraapotemciasteczkai możejeszczekawałeczeksalamiitakichtaminnych." Po ludzku: ...pochłanianiu małego plasterka sera a potem ciasteczka i może jeszcze kawałeczek salami i takich tam innych. Nie wiem, jak Wy - ja przez większość życia byłem chudy jak patyk. W "szczytowej formie" około 16 kg niedowagi - niezawinionej przez nikogo, po prostu miałem bardzo poważnie przyspieszoną przemianę materii; jadłem za dwie i pół osoby, a waga nie wzrastała. Lekarze nie widzieli problemu, "waga się sama ustabilizuje." No to wpieprzałem ile wlezie, nikt mnie nie hamował. Rodzice nie hamowali, reszta rodziny się dziwiła "gdzie mu się to wszystko mieści." Miałem około 19 lat na karku kiedy przeszedłem na wegetarianizm, niedługo później zacząłem przybierać na wadze. Przez kolejnych kilka lat moja waga pozostawała na prawie równym poziomie. Prawie. Prawie które robi wielką różnicę. Nadal żarłem bez opamiętania, masa powoli rosła a ja nie widziałem problemu. Poza deskorolką i snowboardingiem zimą nie uprawiałem żadnych sportów. Rowerem po prostu przemieszczałem się na trasie mój dom - dom mojej dziewczyny. Ruszałem się tyle, ile trzeba żeby nie przyrosnąć do łóżka. Mama, jak to kochająca rodzicielka, nie zwracała mi uwagi, nie piętnowała coraz gorszych nawyków, tylko zwiększała porcje obiadowe, sporadycznie wspominając "jesz więcej niż ojciec." Ojciec pracował fizycznie i jadł dużo. Mama miała siedzącą pracę a po powrocie do domu gotowała. Po obiedzie zazwyczaj siadała z książką albo przed TV. Kiedy patrzę wstecz, widzę nasze niedzielne obiady składające się z ogromnych porcji. Gdyby jeszcze mama źle gotowała, może jadłbym mniej - na moje "nieszczęście" mama gotowała przepyszne dania. Babcie się cieszyły widząc w jakim tempie jedzenie znika z moich talerzy. I tak to szło. 

Jakieś 5 lat temu w przypływie niezadowolenia zacząłem biegać - od jakichś śmiesznych 4 okrążeń na dzielnicowym stadionie do dwunastu kilometrów w godzinę z małym kawałkiem. Trzy miesiące biegałem praktycznie dzień w dzień, udało mi się też ograniczyć wsysanie wszystkiego co miałem w zasięgu ręki. Brzuch prawie znikł, zarysował się sześciopak - ogólnie nieźle. No i zabrakło samozaparcia, po jakimś czasie wróciłem do stanu wyjścia. I tak kilka razy, z coraz gorszym skutkiem. Wczoraj poszedłem biegać i dostałem od swojego bebecha strzał w gębę: zamiast 12 km które robiłem niecałe pół roku temu, nie dobiegłem nawet do 5 km. Nie czynię wielkich postanowień typu: "biorę się za siebie", ale też nie oszukuję się. Potrafię sobie powiedzieć bardzo niemiłe rzeczy (które powinny zostać powiedziane w tej sytuacji), wiem też co zrobić, żeby zmienić stan obecny. Jedyną rzeczą której muszę się nauczyć jest umiar. Umiar, którego nikt nie nauczył mnie w dzieciństwie i wczesnej młodości. Umiar, który może oszczędzić wielu problemów. Umiar, który z jedzenia muszę przełożyć na każdą inna dziedzinę życia. Uderzę w ton mentorski: kiedy kolejny raz jakaś babcia, ciocia czy ktośtam będzie pchać Tobie albo Twojemu dziecku kolejne danie, kolejne ciastko, roladkę albo cokolwiek innego, podziękuj. Ja wiem, że babcie są miłe i kochane, ale mało która ma poglądy  (szczególnie żywieniowe) pasujące do naszych czasów. Nie wpierdalaj, wpierdalanie to ciemnogród.  Odmawiaj, bo lepiej zapobiegać, niż leczyć. 

niedziela, 7 kwietnia 2013

Lift your fist czyli wkurw się rodzi.

Masochizm - to chyba właściwe słowo. Tak, to moja cecha. Dlaczego? Przy założeniu że w zasadzie nie mam wolnego czasu - bo jako bezrobol większość czasu spędzam z dzieckiem, nocami dorabiam robiąc jakąś tam grafikę, w miarę możliwości nadal robię muzę, czasami wypadam na nocne akcje fotograficzno - snowboardowe z moim ziomem Dzindzilem, większość weekendów gram imprezy (albo do kotleta) w klubach, gotuję, coś tam posprzątam, ale generalizując - większość czasu spędzam przed kompem. Oczy już dawno mi weszły do dupy, non stop chodzę zapuchnięty i wyglądam jak poślad zza krzaka. Ale to akurat nieistotne - istotne jest to, co czytam. Ogólnie zawsze byłem tym wkurwiającym gnojkiem, który lubi wiedzieć - i w dodatku lubi się podzielić tą wiedzą. Przemądrzały cyc. No to czytam - o jakichś nowinkach technicznych, trochę (ostatnio malutko albo wcale) o filmie, w trzy dupy o muzyce (bo bez tego umarłbym chyba), czasem o polityce - bo chciałbym mieć jakąś świadomość polityczną, choć w mojej opinii w tym kraju nie ma polityki, jedynie jakieś gierki które, o ile mi wiadomo, brzydzą większość z nas. I jasne, jak brzydzi, to nie chcesz dotykać - to zrozumiałe. Tylko że... no właśnie, bądźmy dorośli. Brzydzę się pająków, ale mam teraz małego syna i jeżeli on będzie się bał pająka, to ja muszę się zdobyć na odwagę i go przed nim obronić. Nie butem, tylko gołą łapą. Do rzeczy w takim razie. Gdzie nie wetknę ucha, słyszę jak każdy narzeka. Słychać nawet narzekania do kwadratu, czyli narzekanie na to, że narzekamy. Śmiejemy się z siebie, że to nasza cecha narodowa - ale jakiś niewyraźny ten uśmiech i coraz rzadziej go widuję. No i nie wiem, jak Wy, ale ja nie chcę narzekać. Bardzo nie chcę. Co prawda jak większość obywateli tego kraju, oglądanie telewizji pod kątem informacyjnym - nie rozrywkowym - sprawia że chce mi się płakać, bynajmniej nie dlatego, że jestem hiper-empatyczny, tylko dlatego, że życzyłbym sobie w tym kraju trochę normalności. Ale ten post to jest i będzie narzekanie. Wkurwia mnie postawa większości ludzi. Większość ludzi których spotykam twierdzi że "nic się nie da zrobić." I co? I narzeka dalej. Wydaje mi się, że energia wkładana w narzekanie jest taka sama, jak energia wkładana w pozytywne nastawienie. Najgorsze jest siedzenie przed telewizorem i nie robienie niczego (a co, jak narzekać, to konstruktywnie!). W każdym razie jeżeli przyjmiemy, że w czasie narzekania można by się uśmiechnąć i przestać mędzić, to ten czas w zasadzie z gruntu przestaje być czasem straconym. No dobra, do rzeczy. Jakieś dwie godziny temu przeczytałem sobie ten wywiad - a po lekturze po raz kolejny złamałem swoją zasadę o nie zaglądaniu do komentów. Tym razem jednak skutek był odwrotny od standardowego - czyli tym razem się nie wkurwiłem. Faktem jest, że GW do pierwszej ligi dziennikarskiej już nie należy, jednak po forum nadal widać, że nie taki głupi ten nasz naród, jak się wydaje. Jasne, wszędzie jest masa bezmógów, trolli, hejterów i innego ścierwa, jednak trafiłem na coś, co daje mi nadzieję na to, że tu może być normalnie. Trafiłem na wypowiedzi ludzi, którzy też mają dosyć, ale w przeciwieństwie do statystycznego Kowalskiego są gotowi zrobić coś, żebyśmy mogli zacząć sprzątać ten syf, którym powoli zarasta nasz kraj. Ja wiem, że realne działanie jest trudniejsze od zakładania na FB profili typu "ruch wkurwionych" albo inne takie, ale chyba coś trzeba zacząć robić, żeby móc zacząć normalnie żyć w tym kraju nad wisłą. Ruch wkurwionych to przykład na to, że jesteśmy zajebiści w deklaracjach bez pokrycia - mimo, że takie same deklaracje ze strony naszych "reprezentantów" są tym, co wkurwia najbardziej. Twierdzimy, że na nic nie mamy czasu - ale tworzymy jakieś tam głupie konta na FB, Twitterze i innych, szukamy całymi dniami wkurwiających treści w necie, publikujemy i szerujemy, wszyscy wkurwiamy się kolektywnie i poza potworną stratą czasu nie wynika z tego zupełnie nic. Nawet dziecko wie, że żeby coś zjeść, trzeba albo pójść do kuchni i wziąć sobie coś, albo jak się jest małym stworem, zależnym od rodzica, to trzeba go poprosić. Jak chcesz się pobawić, idziesz po zabawkę. Pozytywny efekt wymaga jakiegoś działania, zaangażowania w stopniu co najmniej minimalnym. Ja wiem, że ludzie są rozbici, pogubieni i stąd bierze się powtarzanie że "nic się nie da zrobić" ale wcale tak nie jest. Jasne, że nikt nie zmieni świata w pojedynkę, w działaniach zorganizowanych też nie jesteśmy najlepsi, ale wbrew obiegowej opinii powtórzę: nie jesteśmy głupim narodem. Jesteśmy tylko narodem chorym. Czas zacząć się leczyć, zanim coś nam zgnije i trzeba będzie amputować.

środa, 16 stycznia 2013

StereoTypical (retrospection)

So here i am, at the dunaj shore. I'm sitting on the bench and looking at different people's behavior patterns. If they are close enough, i'm listening to what they are talking about. And holy shit! All my assumptions, based on the behavior, are correct. You certainly have slovak people here, that act pretty much normal. You have some super loud and noisy italians, showing off their fashionable clothes and singing like crazy. You have some hot-blooded spanish people, trying to pick up everything that walks and is fuckable. Similar to italians, but surprisingly not that loud. You have the japanese people, that are not snapping flicks like crazy-rather quietly walking around like they contemplate. And you have the americans, that walk around and complain all the time. "everything is so small here, why have we even came here?" "omg, those people smell so baaaad! They probably have taken only 62 showers today, unlike us, who take 249 showers daily" and the complaint list goes on and on. And i'm sitting here just for an two hours or so. What's the point of this post? It's quite simple: i'm super happy to know that there are some people from all over the world that are unlike the stereotypical (put nationality name here). And yes, i'm aware of the fact, that writing this post makes me look like a typical pole.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Czas to pieniądz,dlatego jestem spłukany...

Czas. Pieniądz. W ciągu ostatnich kilku miesięcy mojego życia doszedłem do wniosku, że są takie sytuacje, w których te dwa słowa stają się najgorszym z możliwych przekleństw - dosłownie i w przenośni. Najbardziej dotkliwie odczuwasz to dopiero w momencie, kiedy masz dziecko, pracę i czasochłonne pasje. Jeszcze bardziej dotkliwie odczuwasz to, jeżeli nie chcesz być stereotypowym tatą/mężem-muzykiem (czyli kolesiem, którego non-stop nie ma w domu) i jednocześnie nie chcesz zajmować się swoimi pasjami na pół gwizdka. Wszyscy mądrzy wkoło powiedzą ci, że "coś za coś", pokręcą głowami, zmarszczą czoła i sprawią, że poczujesz się jak debil. Przerabiam to od długiego czasu. Tonę w długach, rodzina średnio chce mnie znać (na szczęście mama jeszcze chyba trochę mnie lubi) a wszyscy jak z rękawa sypią "dobrymi" radami. I wszyscy domyślnie powołują się na argument, że przecież "wszyscy jesteśmy tacy sami." Jeżeli ten wpis będzie przeczytany przez któregokolwiek z przedstawicieli "wszystkich", to chciałbym wam coś przekazać: chuj, a nie "tacy sami." Jesteśmy istotami, które dotknięte są chyba największym paradoksem wszechczasów. Wszyscy jednakowi, ale różni zarazem - i bądź tu mądry. Ale wracając - "wszyscy", poczytajcie uważnie, może coś zapamiętacie: ludzie się kłócą, biją, wojują z sobą. Ludzi się kolegują, przyjaźnią, kochają. Ludzie tworzą grupy, w których funkcjonują. Takie getta. Ale są też tacy, którzy nie funkcjonują dobrze z żadnych grupach - no, ewentualnie jakichś malutkich. I właśnie ja się do takich zaliczam. Życie poukładało mnie tak a tak i nikomu nie będę się z tego tłumaczył. Dla tych, których postrzeganie życia ogranicza się do schematu: "wstać, pracować,najebaćprzedtelewizorem,spać" też mam info: masa ludzi ma w dupie ten schemat. Może nie powinienem pisać o tym posta - może powinienem porozmawiać z osobami, których istnienie sprawia, że kotłują mi się w głowie takie a nie inne myśli. Z drugiej strony - może ten post pomoże komuś rozwiązać jakiś problem..

Przejdę do sedna. Mając 31 lat i "kiepskie" jak na polskie warunki CV średnio mam wybór a propos mojej dalszej drogi życiowej. Mimo że od kilku miesięcy nie zarobiłem ani grosza na swojej "dziwnej" muzyce, nadal chcę się nią zajmować. Tak, chciałbym mieć z tego kasę - tyle, żeby móc siedzieć na dupie i poświęcać czas wyłącznie na robienie bitów, składanie setów i zajmowanie się rodziną. Realia są jednak takie, że muszę robić tysiąc innych rzeczy, żeby zdobyć jakiekolwiek środki do życia. Czasu zostaje mi niewiele, a środków nie przybywa - a raczej nie odczuwam tego prawie wcale. No i wychodzi na to, że pod jednym względem "wszyscy" mają rację: coś za coś. Żeby realizować się chociaż trochę, musisz położyć na coś pałę. Niekoniecznie na wszystko i wszystkich, ale czasami na "wszystkich."

sobota, 21 stycznia 2012

Nie no, błagam...

Podobno mamy XXI wiek. Tak, wiem że na naszych ziemiach jeszcze długo może to pozostać niezauważone [z wielu względów] i w sumie w 99% przypadków ani mnie to ziębi, ani grzeje. Pozostaje zatem ten jeden procent - celowo go zmarginalizowałem, żeby uzmysłowić ewentualnemu czytelnikowi, jak bardzo mam gdzieś większość ludzi z ich mniej lub bardziej sztucznymi problemami. Wracając - ten jeden procent to mentalność pewnej grupy polaków, w przedziale wiekowym od około 25 do 100 lat. Skonkretyzujmy - chodzi mi o tą część, która każe ludziom starym, młodym, grubym, chudym, bogatym i biednym gadać takie pierdoły, jak np: "za moich czasów...", albo co gorsza "teraz to nie ma nic wartościowego." [tu będą przekleństwa - dopóki acta mi tego nie ocenzuruje] Kurwa mać. Ja pierdolę. i inne takie. Ludzie, jak możecie być tak potwornie krótkowzroczni? Przez lata wkurwialiście się na swoich starych/dziadków za takie gadanie, a teraz, w wieku np.30 lat powielacie schemat. Prawie chciałoby się powiedzieć "szkoda gadać."

Prawie. Ale nie zamknę się - jeszcze nie teraz. Cały ten post sprowokowany jest tym, że razem z Tymkiem czasem zdarza mi się na szybko przeszukiwać filmy na tubie - szczególnie wtedy, kiedy robię mu obiad, a on już jest zły i głodny, bo tata zaczął poniewczasie. Puszczam mu wtedy głównie jakieś jego ulubione dzieciorskie piosenki, openingi z bajek i czasami mistabishi, albo jakieś dubstepy, które ruszają go do samej kości :) Jak już otwieram jakieś bajkowe rzeczy, czasem rzucę okiem na komentarze pod nimi. I znowu: kurwa mać. Jeżeli cyferki w loginach tych kretynów nie są przypadkowe, to zaczynam myśleć, że IQ przeciętnego polaka wcale nie jest dużo wyższe, niż rozmiar obuwia, które nosi. Dobra, przejdę do sedna, bo mi się literki z klawiatury ścierają z tego mojego wkurwienia. Dopiero z perspektywy rodzica zaczynasz trzeźwo patrzeć na wszelką animację skierowaną do dzieci - pod warunkiem, że jesteś świadom pewnych rzeczy, z jednej strony krytyczny, a z drugiej otwarty i w miarę pozytywnie nastawiony. Ludzie, którzy wypisują komenty w stylu: "kiedyś bajki były ładne i spokojne, czegoś uczyły, a teraz tylko pojebana przemoc" sami mają poważny problem. Po pierwsze z pamięcią - bo większość nie pamięta nawet jednego odcinka tych "cudownych, spokojnych i uczących" bajek. Inni pamiętają tylko najbardziej charakterystyczne, typu Bolek i Lolek, ewentualnie Reksio. Po drugie z trzeźwą oceną pewnych spraw. Każdemu z was proponuję obejrzeć po kolei: odcinek Tom&Jerry, później inny klasyk - "Zwariowane melodie", czyli którąkolwiek z rodziny WB - Królik Bugs i pochodne. Na koniec powiedzmy - "Ciekawski George." Zanim zaczniecie, weźcie kartkę i coś do pisania. W czasie oglądania zapiszcie ile razy ktoś kogoś uderzył, wysadził w powietrze, gonił z nożem, młotem i zrobił krzywdę w jakikolwiek sposób. Dla waszej wygody podam wam przybliżone wyniki: Tom&Jerry - około 15 przykładów przemocy, Bugs i pochodne - około 9713538165, George - 0.  Teraz proszę mi powiedzieć, skąd się biorą wasze kretyńskie komentarze. Te o pojebanych bajkach. Jak dla mnie ewidentnie to wy jesteście pojebani, szczególnie kiedy wygłaszacie takie krzywdzące opinie. Ok, jest cała masa współczesnych bajek, które są brutalne. Jest też anime, ale to jest inny świat sam w sobie, bo można go podzielić na tyle podgatunków, że przeciętny polak nie zmieści nawet 1/10 w swojej ograniczonej głowie. I są też stare, polskie bajki takie, jak Lis Leon, przy którego czołówce Tymek ma minę, jakby miał ochotę spierdalać przez ściany. Muzyka w "Scenach z życia smoków" też do przyjaznych dzieciom nie należy, kreska zresztą też. Nie chce mi się lecieć po tytułach, bo ten post będzie miał 9km długości - przejdźmy do pointy: jeżeli nie widziałeś [i nie pamiętasz] WSZYSTKICH bajek wtedy [czyli "za bajtla"] i teraz, to zamknij pysk i nie wprowadzaj zamieszania. Pojebane, brutalne współczesne bajki? To i tak Ty powinieneś decydować, co ogląda Twoje dziecko - skarżysz się na te bajki, bo masz dziecko w dupie i chciałbyś, żeby zamiast Ciebie wychował je telewizor. Kiedyś były i fajne, i kiepskie bajki - teraz jest tak samo. Zmieniła się płaszczyzna twórcza, ale fajne rzeczy nadal się pojawiają - tylko trzeba wyciągnąć rękę i poszukać samemu, a ty sobie tkwisz w swojej skorupie i sobie myślisz, że cokolwiek wiesz. Gówno wiesz, ot co.

piątek, 6 stycznia 2012

Get kreatiff!

Naprawdę nie cierpię ludzi, którzy szukają coraz to nowych wymówek, żeby tylko nic nie zrobić. Jeszcze gorsi są ci, co mierzą poza swój faktyczny zasięg - wiem po sobie :D A tak poważnie, to piszę tego posta, żeby dać upust pewnym emocjom. Serato Scratch Live+Rane TTM57sl, Reason 6, Live 8 i iZotope RX2 powodują, że serducho bije mi szybciej - bynajmniej nie dlatego, że jestem technofilem - po prostu teraz, bez zbędnego kombinowania będę mógł przekuwać wiekszość swoich pomysłów na zapis muzyczny. Tak, bez tego wszystkiego też dałoby się to zrobić, ale - jak wielu ludzi - jestem leniem i mam swój niewidzialny zeszyt z wymówkami. Po drugie - od lat marzyłem o tym setupie [kurde, pominąłem jeszcze Akai MPD32, Akai MPK Mini i Presonusa AudioBox z mikrofonem pojemnościowym], a wiadomo, że jedno spełnione marzenie prowadzi do spełnienia kolejnego. Wracając do softu - każdy z tych programów mogę zainstalować na dwóch kompach, co jest istotne w sytuacji, kiedy mój nowy macbook jest w krakowie, w rękach mojej żony. Mogłoby być inaczej [zdarza się], ale mam farta. Mam też pomysły - zazwyczaj zbyt wiele :) Teraz powinienem iść spać, ale po prostu nie potrafię zasnąć. Mam sprzęt, soft, sample, puszkę po greenupie wypełnioną ryżem - to będzie moja grzechotka, pęk kluczy - to mi zastąpi trójkąt/dzwonki, no i stertę winyli. Koniec pisania - lecę się powygłupiać z dźwiękami. Jeżeli efekt mi się spodoba, obiecuję że opublikuję :) GOOOOOOO!!!! ---------------->